Mój ulubiony etap projektu?

Mój ulubiony etap projektu?

Ten tuż po starcie, kiedy jeszcze wszyscy udają, że wszystko gra.

Początek projektu to zjawisko magiczne. Wszyscy są jacyś tacy uśmiechnięci, nadmiernie energiczni, a najczęściej – zaskakująco zgodni. Nikt jeszcze nie zadaje niewygodnych pytań, bo przecież jest za wcześnie na panikę. Zamiast tego mamy pełne harmonii spotkania o świetlanej przyszłości projektu, koordynacje są z pizzą (bo czemu nie?), no i oczywiście prezentacje, które są przepiękne, pełne strzałek, ikon i nadziei.

Nie zliczę, ile razy siedziałem na takich pierwszych spotkaniach, kiwając głową do rytmu cudzych optymizmów, patrząc jak wszyscy z błyskiem w oku dzielą się wizją i jak wszyscy – zupełnie szczerze – wierzymy, że tym razem się uda, że wszystko pójdzie zgodnie z planem, że ryzyka są pod kontrolą, a budżet? Budżet nas lubi.

To jest właśnie mój ulubiony moment.
Ten idealny stan zawieszenia między „jeszcze nie wiemy” a „już powinniśmy wiedzieć”. Ten błogi czas, kiedy nikt jeszcze nie śledzi wykresów spalania budżetu, nie aktualizuje harmonogramu w panice i nie pisze e-maili zaczynających się od „Zgodnie z ustaleniami…”.

Bo chwilę później zaczyna się właściwa część projektu.
Wycierają się hasła, kończą się naklejki na ścianie, wypada pierwszy człowiek z zespołu (najczęściej niby na chwilę), a harmonogram zaczyna przypominać bardziej sugestię niż coś, do czego ktoś miałby się stosować. Zaczynają wychodzić na jaw rzeczy, o których nikt wcześniej nie wspominał – że ktoś nie doczytał założeń, że to co miało działać, działa zupełnie inaczej, a to co miało być gotowe, wciąż się robi.

I wtedy kończy się faza marzeń.
Zaczyna się faza tłumaczeń.

Ale ten moment tuż po starcie?
To jak wakacje od rzeczywistości. Wszyscy się lubimy. Wszyscy wierzymy. Jeszcze nikt nie mówi, że czegoś się nie da, że czegoś nie ma, że czegoś zabrakło. Jeszcze nikt nie śpi pod biurkiem. Jeszcze nie wiemy, że klient zmieni zdanie pięć razy, zanim my zdążymy wdrożyć pierwszą wersję. Jeszcze nie wiemy, że nie wiemy.

I wiesz co?
Za każdym razem, gdy wchodzę w nowy projekt, pozwalam sobie na ten moment.

Nie dlatego, że wierzę w bajki, tylko dlatego, że ten zbiorowy entuzjazm, choć naiwny, jest potrzebny. Bo to on sprawia, że jeszcze przez chwilę wszyscy gramy do jednej bramki – zanim okaże się, że bramek jest sześć, a piłka dawno poleciała w krzaki.

Więc jeśli kiedykolwiek zobaczysz mnie uśmiechniętego na spotkaniu startowym –
to nie dlatego, że wierzę, że będzie idealnie.

Po prostu wiem, że to jest ten jedyny moment, kiedy wszystko naprawdę gra.
Bo jeszcze nie gramy.

Spherq.com

Comments are closed for this post.