
Pamiętam wieczór, kiedy usiadłem z kartką, przekonany, że jeśli tylko wystarczająco ładnie rozpiszę swoje życie w punktach, to ono grzecznie się dostosuje. Miałem nawet zakreślacze – byłem praktycznie nie do zatrzymania. Rozrysowałem wszystko: cele, kamienie milowe, terminy. W głowie brzmiała fanfara.
Siedząc przy biurku z pustą kartką, postanowiłem zrobić porządek ze swoją przyszłością – krok po kroku, rok po roku, wierząc, że mając jasno wytyczoną ścieżkę, będę konsekwentnie podążał w stronę swoich celów, bez zbędnych rozproszeń i bez zbaczania z drogi.
Wtedy wierzyłem, że precyzyjny plan jest gwarantem sukcesu. Że jeśli dobrze przemyślę każdy etap i tempo, to życie pokornie wpisze się w tę strukturę i doprowadzi mnie dokładnie tam, gdzie chcę być.
Nie minęło jednak wiele czasu, zanim zorientowałem się, że rzeczywistość nie ma w zwyczaju konsultować się z naszymi arkuszami. To, co na papierze wyglądało jak logiczny ciąg działań, w praktyce rozjeżdża się pod naporem zdarzeń, których nie da się przewidzieć, a które zmieniają wybory, decyzje i rytm działania.
I co ciekawe, nie poczułem wtedy żalu ani frustracji. Raczej ulgę. Ciężar wieloletniej prognozy nagle przestał mnie przygniatać, ustępując miejsca poczuciu, że mogę działać inaczej – mądrzej, spokojniej, bardziej adekwatnie do tego, gdzie naprawdę jestem.
Zrozumiałem, że zamiast projektować całe dekady do przodu, lepiej zaprojektować próbę – krótki eksperyment, który sprawdzi, czy dana droga w ogóle istnieje i czy warto nią iść.
Czasami wystarczy kilka dni uczciwego działania, żeby odkryć coś ważniejszego niż to, co można wyczytać z długofalowej strategii: czy naprawdę mnie to interesuje, czy mam na to siłę, czy chcę wracać do tego jutro – nie dlatego, że trzeba, tylko dlatego, że coś mnie tam ciągnie.
Wiele moich obecnych projektów – tych, które coś znaczą – zaczęło się właśnie tak: od prostego testu, bez presji i wielkich założeń. Czasem nawet od kaprysu. Ale dopiero to doświadczenie – nie plan – pozwalało zorientować się, czy warto wchodzić głębiej, czy to tylko chwilowa fascynacja.
Dlatego dziś uważam, że zanim cokolwiek zaplanujesz „na poważnie”, warto zaprojektować 10 dni. Dziesięć dni, w których dajesz z siebie tyle, ile możesz – nie pod presją sukcesu, nie dla efektu końcowego, ale po to, żeby sprawdzić, czy to w ogóle jest Twoje.
Bo może się okazać, że to, co miało być Twoim celem na dekadę, po tygodniu okaże się puste. Albo odwrotnie – że drobny eksperyment stanie się początkiem nowego etapu.
Nie odrzucam planowania. Po prostu wiem, że nawet najlepszy plan nie odpowie na pytanie, czy coś jest dla mnie, dopóki tego nie sprawdzę.
Przez lata pracowałem przy projektach, które miały wszystko: harmonogramy, budżety, narzędzia, wykresy – a mimo to i tak najwięcej zależało od ludzi, ich decyzji i gotowości do działania tu i teraz.
Comments are closed for this post.